Jest ciemno. Pada śnieg. Na sobie mam mundur, na głowie czołówkę, a przede mną 100 kilometrów.
Na zdjęciu wyglądam jeszcze całkiem dobrze.
Ale każdy, kto choć raz stanął na starcie ultra, wie, że zdjęcie z pierwszej części zawodów niewiele mówi o tym, jak człowiek będzie wyglądał kilkadziesiąt kilometrów później.
Setka Komandosa nie jest biegiem, na którym chciałbym eksperymentować.
Tutaj błędy popełnione na początku potrafią wrócić po wielu godzinach. I zwykle wracają wtedy, kiedy najmniej ich potrzebujesz.
Przekonałem się o tym podczas swojej pierwszej Setki Komandosa.
A podczas drugiej zrobiłem coś zupełnie inaczej.
Zacząłem chodzić, zanim byłem zmęczony.
I właśnie dzięki temu pobiegłem znacznie szybciej.
Pierwsza Setka Komandosa – 14:14:11 i pierwsza lekcja
Pierwszą Setkę Komandosa ukończyłem z czasem:
14 godzin 14 minut 11 sekund.
100 kilometrów pokonane. Meta osiągnięta.
Powinienem być zadowolony.
I byłem.
Ale wiedziałem również, że popełniłem błąd.
Początek pobiegłem za szybko.
To jeden z najbardziej podstępnych błędów w ultra, ponieważ przez pierwsze kilometry wcale nie wygląda jak błąd.
Wręcz przeciwnie.
Czujesz się świetnie.
Nogi są świeże. Energia jest. Ludzie biegną. Emocje robią swoje.
Tempo wydaje się łatwe.
I gdzieś z tyłu głowy pojawia się bardzo niebezpieczna myśl:
„Dzisiaj naprawdę dobrze idzie”.
Tylko że na Setce Komandosa nie płacisz za zbyt szybki początek od razu.
Rachunek przychodzi później.
Na 50., 60., 70. kilometrze.
I wtedy nie da się już odzyskać energii, którą niepotrzebnie zostawiło się na początku.
Pierwsza Setka Komandosa nauczyła mnie czegoś, co później wielokrotnie wracało podczas długich biegów:
w ultra nie wygrywa się pierwszych kilometrów.
Trzeba jeszcze mieć czym biec te ostatnie.
Druga Setka Komandosa. Tym razem miałem plan
Na drugą Setkę Komandosa nie chciałem jechać tylko po to, żeby zrobić dokładnie to samo i liczyć na lepszy wynik.
Chciałem pobiec mądrzej.
I miałem bardzo prostą strategię.
800 metrów biegu.
200 metrów marszu.
I od nowa.
800 metrów biegu.
200 metrów marszu.
Przez całą Setkę Komandosa.
Nie od momentu, kiedy zaczną boleć nogi.
Nie od 50. kilometra.
Nie wtedy, kiedy nie będę już miał siły biec.
Od samego początku.
I to jest ważne.
„Po co idziesz? Przecież jeszcze masz siłę”
Na początku zawodów przechodzenie do marszu może wydawać się absurdalne.
Dopiero wystartowałeś.
Nogi chcą biec.
Organizm jest wypoczęty.
Inni zawodnicy biegną dalej, a Ty po 800 metrach...
zaczynasz maszerować.
Prawdopodobnie najtrudniejsze w tej strategii było właśnie to, żeby nie dać się sprowokować do jej porzucenia.
Bo ultra bardzo łatwo biega się cudzym tempem.
Ktoś Cię wyprzedza.
Potem następny.
I jeszcze jeden.
Głowa zaczyna podpowiadać:
„Może jednak biegnę za wolno?”
Tym razem mnie to nie interesowało.
Nie ścigałem się z zawodnikiem obok.
Ścigałem się ze 100 kilometrami Setki Komandosa.
200 metrów marszu nie było odpoczynkiem
To jeden z najważniejszych elementów całej strategii.
Te 200 metrów nie oznaczało:
„Jestem zmęczony, więc odpoczywam”.
To była część planu.
Podczas marszu jadłem i piłem.
Dzięki temu odżywianie nie było czymś, o czym miałem sobie przypomnieć, kiedy zrobi się źle.
Było wpisane w rytm biegu.
800 metrów – bieg.
200 metrów – marsz, jedzenie, picie.
I ponownie.
Dzięki temu nie czekałem na moment, kiedy organizm zacznie domagać się energii.
Na ultra głód i pragnienie często oznaczają, że zareagowałeś za późno.
Ja chciałem reagować wcześniej.
Największa sztuka? Nie zmieniać planu, kiedy wszystko idzie dobrze
Łatwo trzymać się strategii, kiedy jest ciężko.
Znacznie trudniej, kiedy czujesz się znakomicie.
Bo właśnie wtedy pojawia się pokusa:
„Odpuszczę ten marsz. Przecież mogę biec.”
Nie.
800 metrów.
200 metrów.
Nawet jeśli czułem się dobrze.
Zwłaszcza jeśli czułem się dobrze.
To było odkładanie energii na później.
Kilka minut „straconych” na początku mogło oznaczać dziesiątki minut odzyskanych w końcówce.
I dokładnie tak zacząłem patrzeć na ten bieg.
Na Setce Komandosa drobiazgi przestają być drobiazgami
Na 5 kilometrów można czasami pobiec w czymś niesprawdzonym.
Na 10 km również wiele rzeczy da się wybaczyć.
Ale 100 kilometrów w Setce Komandosa to zupełnie inna rozmowa.
Małe otarcie może stać się dużym problemem.
Źle dobrany element wyposażenia może irytować przez kolejne godziny.
Niewielki problem ze stopą może z każdym tysiącem kroków robić się coraz większy.
Dlatego przed drugą Setką Komandosa nie chciałem eksperymentować również ze skarpetami.
Miałem swoje ulubione.
I właśnie je wybrałem.
Nie dlatego, że na opakowaniu ktoś napisał, że są dobre na długie dystanse.
Dlatego, że znałem je z biegania.
Wiedziałem, jak zachowują się na stopie.
Wiedziałem, jak leżą.
Wiedziałem, czego mogę się po nich spodziewać.
A przed startem na 100 kilometrów taka przewidywalność jest dla mnie znacznie ważniejsza niż testowanie najnowszego sprzętu.
Jeżeli przygotowujesz się do swojego pierwszego ultra, przeczytaj również:
→ Jak dobrać skarpety do biegania ultra – 5 praktycznych wskazówek
Na ważnym ultra obowiązuje mnie jedna zasada: żadnych eksperymentów
Setka Komandosa tylko utwierdziła mnie w tym przekonaniu.
Dzień zawodów nie jest dniem testowym.
Skarpety mają być sprawdzone.
Jedzenie ma być sprawdzone.
Picie ma być sprawdzone.
Strategia powinna być przemyślana.
Bo podczas 100 kilometrów i tak wydarzy się wystarczająco dużo rzeczy, których nie jesteśmy w stanie przewidzieć.
Nie ma sensu dokładać kolejnych.
Właśnie dlatego na blogu UltraSkarpeta tak często wracam do tematu stóp.
Po wielu godzinach biegu zaczynasz rozumieć, że skarpeta nie jest tylko dodatkiem do dobrego buta.
Jeśli interesuje Cię, co właściwie odróżnia skarpetę techniczną od zwykłej, zajrzyj również tutaj:
→ Technologie Lurbel – co naprawdę kryje się w Twoich skarpetach?
I wtedy przyszła meta
Nie będę udawał, że przed startem zakładałem walkę o czołowe miejsce.
Mój cel był inny.
Chciałem pobiec drugą Setkę Komandosa mądrzej niż pierwszą.
Chciałem wykorzystać doświadczenie.
Nie popełnić ponownie tego samego błędu.
Trzymać się strategii.
Dotrzeć do końcówki z czymś jeszcze w nogach.
I zobaczyć, co z tego wyjdzie.
Wyszło:
12:55:28
Pierwsza Setka Komandosa:
14:14:11
Druga:
12:55:28
Różnica:
1 godzina 18 minut i 43 sekundy.
Prawie 79 minut szybciej.
Na tym samym dystansie.
Ale czekała mnie jeszcze jedna niespodzianka.
10. miejsce wśród mężczyzn
Kiedy zobaczyłem klasyfikację, wynik zaskoczył mnie chyba bardziej niż sam czas.
10. miejsce wśród mężczyzn.
12. miejsce w klasyfikacji ogólnej.
Nie jechałem na Setkę Komandosa z myślą, że będę tak wysoko.
A tutaj jeszcze mały bonus.
Podium wśród mężczyzn obejmowało...
pierwszych dziesięciu zawodników. 😉
Czyli się załapałem.
Ostatnie miejsce na podium?
Można powiedzieć, że tak.
Ale wiecie co?
Biorę. 😄
Najlepsze jest jednak coś innego
Nie poprawiłem wyniku o 1:18:43 dlatego, że tym razem od startu biegłem szybciej.
Zrobiłem coś dokładnie odwrotnego.
Od początku pozwalałem sobie regularnie iść.
800 metrów biegu.
200 metrów marszu.
Przez całą Setkę Komandosa.
W czasie marszu jadłem i piłem.
Nie czekałem na kryzys.
Nie próbowałem zrobić zapasu czasu na początku.
Nie zmieniałem strategii tylko dlatego, że w danym momencie czułem się świetnie.
I właśnie to jest chyba największa lekcja, jaką zabrałem z tych dwóch startów.
Chcesz biegać ultra szybciej? Najpierw naucz się zwalniać
Brzmi jak paradoks.
Ale ultra jest pełne paradoksów.
Czasami trzeba przejść 200 metrów, żeby kilkadziesiąt kilometrów później nadal móc biec.
Czasami trzeba pozwolić komuś wyprzedzić się na początku, żeby spotkać go ponownie wiele godzin później.
Czasami trzeba zjeść, zanim poczujesz głód.
Pić, zanim poczujesz pragnienie.
I czasami trzeba przestać patrzeć na chwilowe tempo, żeby zrobić lepszy wynik na mecie.
Pierwsza Setka Komandosa dała mi 14:14:11 i lekcję.
Druga dała mi 12:55:28, 10. miejsce wśród mężczyzn i potwierdzenie, że wyciągnąłem z tej lekcji właściwe wnioski.
A gdzieś pomiędzy tym wszystkim były tysiące kroków, jedzenie, picie, śnieg, noc, mundur i moje sprawdzone Lurbel Desafio.
Czy skarpety zrobiły wynik?
Oczywiście, że nie.
Wynik zrobiła całość.
Przygotowanie.
Taktyka.
Odżywianie.
Głowa.
Sprzęt.
I konsekwencja.
Ale właśnie na tym polega ultra.
Po wielu godzinach nie szukasz jednej magicznej rzeczy, która dowiezie Cię do mety.
Potrzebujesz wielu małych rzeczy, które przez 100 kilometrów po prostu nie zawiodą.
I chyba za to najbardziej lubię biegi ultra.
Jedna rzecz, którą zabrałbym z tej historii na Twój następny bieg
Nie kopiuj bezmyślnie mojego 800/200.
Każdy biegacz jest inny.
Każda trasa jest inna.
I każda Setka Komandosa może napisać własną historię.
Ale zapamiętaj jedną rzecz:
strategię na ultra ustala się przed kryzysem, a nie w jego trakcie.
Jeżeli masz maszerować – zacznij, zanim będziesz musiał.
Jeżeli masz jeść – jedz, zanim będziesz głodny.
Jeżeli masz pić – pij, zanim pojawi się pragnienie.
A sprzęt?
Sprawdź go, zanim staniesz na starcie.
Bo na 80. kilometrze naprawdę nie chcesz odkrywać, że coś, co miało być drobiazgiem, właśnie stało się najważniejszą rzeczą na świecie.
Do zobaczenia na trasie.
Tomek – UltraSkarpeta
Czytaj również
→ Jak prać skarpety do biegania, żeby ich nie zniszczyć? 7 zasad, które naprawdę mają znaczenie